sobota, 12 października 2013

Rozdział 8



Po krótkiej drzemce, czas wstać. Była godzina 17 i pora na kolacje. Zeszłam na dół, a tam Bartek i Louis wygodnie sobie chrapią wyłożeni na kanapie. Nie mogłam powstrzymać śmiechu, wyglądali tak uroczo. Młody naprawdę był podobny do siatkarza. Ta ekspedientka w sklepie miała racje. Jutro Louis idzie do szkoły, ja do pracy, a Bartek ma trening. Chyba wystarczy im tego spania:
- Ej, mały. Jutro szkoła odrobiłeś lekcje? - pytam
- Tak, na pewno. Mogę już spać? - odpowiedział sennym głosem
- Średnio, ale obudzę cię potem i mi pokarzesz. A ty Bartek?
- Co ja? Ja do szkoły nie chodzę. Lekcje już odrobiłem, proszę pani!- uśmiechnął się siatkarz
- Na pewno? Nie jestem pewna. - powiedziałam - Jak wy śpicie, to ja przygotuje kolacje, co?
- Spoko, ale lodówka jest pusta. - odpowiedział siatkarz
- Jak to?
- No, tak to! Byliśmy trochę głodni i z młodym zrobiliśmy sobie żarło.
- Dobra, to co teraz?
- Zamów przez neta. U mnie w gabinecie jest laptop. Jak już dowiozą to wtedy wstanę i zapłacę.
- Okey, potem ci oddam te pieniądze. Nie musisz się martwić o to.
- Nie martwię się, ale..
- Co?
- Mogę już spać?
- Jasne! - uśmiechnęłam się pod nosem - Dobranoc!
Czy on nawet kiedy śpi, jest zawsze uśmiechnięty?! Na to wygląda. Poszłam do gabinetu siatkarza i włączyłam komputer. Otworzyła mi się strona internetowa. Po co mu wielki miś?! Ja go chyba nigdy nie zrozumiem. Otworzyłam nową kartę i zamówiłam potrzebne rzeczy. Trochę mi to zajęło, bo robiłam to po raz pierwszy. Po 20 minutach usłyszałam dzwonek do drzwi. Przywieźli? Tak szybko?
Podbiegłam otworzyć ... myślałam że padnę zaraz trupem.
- Jest Bartek? - usłyszałam od dwumetrowca
- yyy... Tak, jest. Śpi. - odpowiedziałam zaskoczona.
- Trudno, wpadnę innym razem. A mogłabyś mu przekazać ten list. - powiedział podając mi kopertę
- Jasne, to nie problem. - uśmiechnęłam się sztywnie
- Dziękuje! - odpowiedział - Dobra! Dzięki. To ja spadam. Pa Amelia.
- Okey... zaraz. Skąd wiesz jak mam na imię? - zapytałam
- yyy.. To rozmowa na inną okazje. Pa - wymigał się mężczyzna.
 To była dziwna sytuacja. Czemu ja nie wiem kto to był? Przecież znam całą reprezentacje na wylot. Teraz zwróciłam uwagę na kopertę, którą trzymałam w ręce. Może lepiej nie będę się tym teraz martwiła. Dochodziła godzina 18:00, kiedy przyjechała dostawa jedzenia. Obudziła Bartka i usiadłam obok śpiącego jeszcze Louis'a.
- Co się dzieje? - zapytał młody.
- Nic, ale czas wstać! - odpowiadam
- Dobra. A gdzie Bartek?
- Poszedł zapłacić za zakupy.
- To wstaje - powiedział uśmiechając się.
Dochodziła 18:30 kiedy skończyłam przygotowywać kolacje. Zawołałam chłopaków.
- Chodźcie! Kolacja gotowa.
- A co jemy, Ami? - zapytał siatkarz wstając z kanapy.
- Dzisiaj nasza kuchnia poleca spaghetti i zapiekankę. Więc co kto chce. - odpowiedziałam.
- W takim wypadku, ja chcę spaghetti! - powiedział Louis. Nałożyłam młodemu i pytam:
- A tobie co, Bartusiu?
- Mi Amelio, mogłabyś dać zapiekanki. - odpowiedział
- Proszę! - powiedziałam podając mu talerz z jedzeniem.
I tak jedliśmy przez dłuższy czas. Nie wiadomo skąd zauważam na sobie wzrok Bartka. Podniosłam głowę patrząc mu w oczy. Te niebieskie tęczówki do mnie przemawiają, ale nie wiem z jaką treścią. Odwracam głowę, żeby nie widzieć jego spojrzenia. Odruchowo zapytałam Louis'a:
- A jak tam lekcje?
- Dobrze, dobrze. Ale jest jeden kłopot.
- Jaki? - pytam
- Zostawiłem moją książkę do anglika w starym mieszkaniu.
- Co?! - zapytałam i nagle kawałek zapiekanki wylądował z powrotem na talerzu - Jak mogłeś o tym zapomnieć?!
- Przepraszam, byłem tak zadowolony że będę tutaj mieszkał i ...
- Louis, proszę cię!!! Przecież miałeś ją na wierzchu, kiedy się pakowałeś. - krzyknęłam wręcz.
- Nie krzycz na niego, spokojnie. Coś razem wymyślimy. - uspakajał mnie siatkarz
- Bartek ty nic nie rozumiesz. On jest nie do wytrzymania. Nie chce się widywać z jego ojcem, rozumiesz?
- Dobra spoko. Ja to załatwię. - wstaje i sięga po kurtkę. Podbiegam i mówię:
- Nie, razem to załatwimy!
- Okey.
Starałam się dokończyć kolacje, ale myślałam nad całą tą sytuacją.


  Oczami Bartka:

Chciałem już wyjść i wytłumaczyć temu facetowi, który śmie nazywać się ojcem młodego i Amelii. Sięgałem po kurtkę kiedy podbiegła ona i poprosiła, żebym tego nie robił. Uległem. Jej brązowe oczy mnie do tego przekonały. Usiadłem na swoim miejscu i jadłem dalej, chodź widziałem jej minę. Ona się naprawdę martwi, tylko nie wiem o co. Przecież jestem z nią, zawsze byłem i będę. Muszą ją o tym uświadomić, ale nie teraz. Kiedy zjedliśmy kolacje Amelia kazała Louis'owi iść spać. Może lepiej niech młody śpi.
- To jak robimy? - pytam
- Może napisze mu usprawiedliwienie i tyle. - uśmiechnęła się sztucznie.
- Co tydzień będziesz mu zwolnienia pisała?
- Nie, masz rację! - i rozpłakała się. Objąłem ją mocno i czułem jak ona wtula się we mnie, ciągłe płacząc.
- Ej, mała! - powiedziałem odchodząc kawałek, ale wciąż trzymałem ją za ręce - Chodź weźmiemy tę książkę i będzie z głowy.
- Ale, tam? Mamy tam pojechać? - zapytała
- Tak, szybko puki Louis śpi. Zakładaj kurtkę! - powiedziałem. Szybko uwinęliśmy się z ubraniami i wyszliśmy.




__________________________________
Aloha, wszystkim. :) Jak tam u was? Komentujcie i udostępniajcie to naprawdę pomaga. :D

2 komentarze:

  1. Mam nadzieję, że ojce nie będzie w domu. To miłe, że ją tak wspiera.

    OdpowiedzUsuń
  2. całkiem nieźle piszesz, pomijając błędy, no ale kto ich nie robi?
    ogólnie fajnie ;) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń