Byłam w niemałym szoku. Jednak niespodzianka, jaką był brat Skrzaka- Kuba, była dla młodego dobrym zaskoczeniem. Uwielbiam Kubusia, ale teraz gdy mam rozprawę na karku i parę innych problemów... to nie jest dobry pomysł.
Louis i Kuba od zawsze się lubili, za to ja od zawsze lubiłam się z Bartkiem. Teraz to się trochę pokomplikowało... Louis od pierwszego momenty spotkania zaczął rozmawiać z Kurkiem Junior.
- Dobra, chłopcy wiem że macie sobie dużo do poopowiadania, ale teraz może coś zjemy? - siatkarz znacząco spojrzała na mnie.
- Tak, Bartek ma racje. Na co macie ochotę? - przyznałam rację Skrzakowi.
- Na pizze! - chłopcy jednogłośnie odpowiedzieli.
- No to jemy! - zawtórowałam im.
Bartek poszedł zamówić pizze, chłopaki poszli na piętro, więc zostałam sama. Chciałam, żeby było jak dawniej, że potrafiliśmy z zawodnikiem Skry przegadać całe noce. Teraz nie mam co o tym marzyć... Jednak bardzo bałam się tej rozmowy.
Po chwili wrócił Kurek Senior i dosiadł się do mnie w kuchni. Milczeliśmy. Jedyny dźwięk jaki było słychać to rozmowy Kuby i Louis'a oraz piosenkę z radia. Już chciałam powiedzieć wszystko, co leżało mi na duszy, gdy... przyjechał dostawca z naszym posiłkiem. Ja naszykowałam talerze, a Bartek poszedł zapłacić. Chłopcy po wyczuciu tego cudnego zapachu zeszli, poprawka, zbiegli na dół. W spokoju zjedliśmy i przy okazji rozmawialiśmy o błahych sprawach. Nikt nie starał się nawet poruszyć tematu ucieczki i policji. Po skończonym posiłku, chłopaki zaoferowali się pozmywać. I chwała Panu! Je bez zawahania poszłam na długi spacer. Wolałam powiedzieć chłopakom, że idę. Już dosyć mam takich niespodzianek typu policja i ucieczki. Poszłam się przejść. Uciec od problemów.Te 2 godziny spacerowania dały mi do myślenia. Czas zmienić swoje życie, obrócić je o 180 stopni, zmieć rytm, zacząć od nowa....
___________________________
Przepraszam, że rozdział nie dobry, ale ja po weselu. Liczę,że mi to usprawiedliwicie :D
Pozdrawiam :*
~Klaudia.
Miłość rośnie wokół nas.
środa, 23 kwietnia 2014
czwartek, 13 marca 2014
Rozdział 13
Jak to?! Jak to on?! Od zawsze wiedziłam, że nie kochał mnie ani młodego. Ale zawsze czułam do niego jakiś respekt, coś w rodzaju toleracji. A teraz ... nie mam nawet odwagi spojrzeć mu w twarz. Ale, dlaczego on to zrobił. Mógł domagać się ode mnie alimentów, czy coś. Sam by do takiego wniosku nie doszedł. Ktoś lub coś podsunęło mu ten pomysł. Osoba, która mnie z całego serca nienawidzi... moja ciotka Sylwia. To niby moja ,,ukochana ciociulka", ale gdyby nadarzyła się okazja wbiłaby mi nóż w plecy. Sylwia jest siostrą mojego ojca. Nasza babcia, moja i Louis'a, naprawdę nas kochała. Przysyłała prezenty, odwiedzała. Na łożu śmierci musiała przepisać sporą sumkę pieniędzy na któreś z dzieci. Mogła podzielić, zapisać na wnuczków, czy inne osoby z nią spokrewnione. Zapisała to wszystko, nie na Sylwię. Przepisała na mnie!!! Że Louis nie był pełnoletni to te pieniądze, teraz lokują się na moim koncie. Zawsze są, ale nie lubię ich wykorzystywać. Babcia Krysia była wielką katoliczką. Chodziła co tydzień do kościoła, pomagała finansowo i duchowo. Te pieniądze postanowiłam przeznaczyć na jakiś ważny cel, może na ,,czarną godzinę".
Z rozmyśleń wyrwał mnie funkcjonariusz.
- Czy chce się pani widzieć z bratem?
- Jeszcze się pan pyta? - powiedziałam beszczelnie. Policjankt nie zasługiwał, ja zła...
Po chwili znaleźliśmy się w małym pokoiku. Na krześle przy biurku siedział Louis, a obok niego mundurowy. Młody rzucił mi się w objęcia. Tak się o niego martwiłam, a teraz wiem że jest cały i zdrowy. Nic się nie luczyło, tylko fakt, że żyje...
- Amelia?
- Co, łobuzie? - powiedziałam, gdy pierwsze emocje już opadły.
- Wiesz jak się bałem? - pojedyncza kropla łez spłynęła to jego policzku. Szybko ją otarłam.
- Ale teraz już będzie wszystko dobrze. - sztucznie się uśmiechnęłam.
Jak tylko podpisałam wszystkie papiery, że zabieram Louis'a i oświadczenie, że poinformowano mnie o rozprawie w sądzie, mogliśmy spokojnie wracać do domu Kurka. Zadzwoniłam po TAXI i po chwili znajdowaliśmy się w domu siatkarza. Zapłaciłam za przejazd i spokojnym krokiem ruszyłam do drzwi, po drodze szukając kluczy. Louis pełen energii był szybszy i już stał pod drzwiami. Otworzyłam je kluczem i młody wparował do korytarza, a tam czekała na nas niespodzianka.
- Przepraszam, nie miałem innego wyjścia.
________________________________
Dzisiaj urodził się syn Michała Winiarskiego - Antoś. Serdecznie gratuluje szczęśliwym rodzicom. :)
Przepraszam, że rozdział nie pojawił się wcześniej, ale pewnie nikt nie czyta bloga ;(
Tak na marginesie: mam załamanie nerwowe, które sobie sama spowodowałam. A jak wy się dzisiaj czujecie?
~Klaudia.
Z rozmyśleń wyrwał mnie funkcjonariusz.
- Czy chce się pani widzieć z bratem?
- Jeszcze się pan pyta? - powiedziałam beszczelnie. Policjankt nie zasługiwał, ja zła...
Po chwili znaleźliśmy się w małym pokoiku. Na krześle przy biurku siedział Louis, a obok niego mundurowy. Młody rzucił mi się w objęcia. Tak się o niego martwiłam, a teraz wiem że jest cały i zdrowy. Nic się nie luczyło, tylko fakt, że żyje...
- Amelia?
- Co, łobuzie? - powiedziałam, gdy pierwsze emocje już opadły.
- Wiesz jak się bałem? - pojedyncza kropla łez spłynęła to jego policzku. Szybko ją otarłam.
- Ale teraz już będzie wszystko dobrze. - sztucznie się uśmiechnęłam.
Jak tylko podpisałam wszystkie papiery, że zabieram Louis'a i oświadczenie, że poinformowano mnie o rozprawie w sądzie, mogliśmy spokojnie wracać do domu Kurka. Zadzwoniłam po TAXI i po chwili znajdowaliśmy się w domu siatkarza. Zapłaciłam za przejazd i spokojnym krokiem ruszyłam do drzwi, po drodze szukając kluczy. Louis pełen energii był szybszy i już stał pod drzwiami. Otworzyłam je kluczem i młody wparował do korytarza, a tam czekała na nas niespodzianka.
- Przepraszam, nie miałem innego wyjścia.
________________________________
Dzisiaj urodził się syn Michała Winiarskiego - Antoś. Serdecznie gratuluje szczęśliwym rodzicom. :)
Przepraszam, że rozdział nie pojawił się wcześniej, ale pewnie nikt nie czyta bloga ;(
Tak na marginesie: mam załamanie nerwowe, które sobie sama spowodowałam. A jak wy się dzisiaj czujecie?
~Klaudia.
piątek, 7 lutego 2014
Rozdział 12
- Taak.. - zawahałam się.
- Jest pani wezwana na komisariat policji w Bełchatowie. Pójdzie pani z nami.- usłyszałam od jednego.
- Ale co się stało?!
- Pójdzie pani z nami. - powtórzył drugi.
- Dobrze, tylko wezmę torebkę. - powiedziałam, pobiegłam do salonu i wzięłam ją. Poszłam szybko do korytarza. Narzuciłam kurtkę, założyłam buty i wyszłam z domu, zamykając go na ,,dwa spusty". Wsiadłam do radiowozu i czekałam na jakieś wyjaśnienia ze strony policjantów. jednak ich nie usłyszałam. W milczeniu jechaliśmy. Rozmyślałam o co mogło chodzić, ale nie mogłam się skupić przez roześmiane rozmowy funkcjonariuszy. Ja tu przeżywam załamanie nerwowe, a oni jak gdyby nigdy nic opowiadają sobie kawały.
- Wiesz, Marek, jakiej narodowości był Amor? - powiedział jeden
- Nie mam pojęcia! - odpowiedział policjant
- Rosyjskiej. Latał z gołą dupą uzbrojony po zęby , strzelał do ludzi i mówił że to z miłości. Haha.... I powiedz, że to lepsze od twoich dowcipów o blondynkach. - zaśmiał się.
,,Co za idioci!"- pomyślałam, bo inaczej ich nazwać nie można. Jeden z nich się na mnie spojrzał w lustrze i powiedział:
- Oczywiście nie chcieliśmy pani urazić.
- Tyle, że ja mam kolor włosów w odcieniu jasny brąz, a nie blond.
- Jest pani wezwana na komisariat policji w Bełchatowie. Pójdzie pani z nami.- usłyszałam od jednego.
- Ale co się stało?!
- Pójdzie pani z nami. - powtórzył drugi.
- Dobrze, tylko wezmę torebkę. - powiedziałam, pobiegłam do salonu i wzięłam ją. Poszłam szybko do korytarza. Narzuciłam kurtkę, założyłam buty i wyszłam z domu, zamykając go na ,,dwa spusty". Wsiadłam do radiowozu i czekałam na jakieś wyjaśnienia ze strony policjantów. jednak ich nie usłyszałam. W milczeniu jechaliśmy. Rozmyślałam o co mogło chodzić, ale nie mogłam się skupić przez roześmiane rozmowy funkcjonariuszy. Ja tu przeżywam załamanie nerwowe, a oni jak gdyby nigdy nic opowiadają sobie kawały.
- Wiesz, Marek, jakiej narodowości był Amor? - powiedział jeden
- Nie mam pojęcia! - odpowiedział policjant
- Rosyjskiej. Latał z gołą dupą uzbrojony po zęby , strzelał do ludzi i mówił że to z miłości. Haha.... I powiedz, że to lepsze od twoich dowcipów o blondynkach. - zaśmiał się.
,,Co za idioci!"- pomyślałam, bo inaczej ich nazwać nie można. Jeden z nich się na mnie spojrzał w lustrze i powiedział:
- Oczywiście nie chcieliśmy pani urazić.
- Tyle, że ja mam kolor włosów w odcieniu jasny brąz, a nie blond.
- To wszystko dobrze? - zapytał
- No średni, bo nie wiem z jakiego powodu jestem wezwana na komisariat.
- Wyjaśni to sobie z policjantem przełożonym za parę minut.
Przemilczałam to. Chwile potem dojechaliśmy pod budynek komisariatu. Pierwszy raz w rzuci u miałam takie szczęście, żeby się tam znaleźć. Idioci z samochodu, potocznie nazywanie policjantami, zaprowadzili mnie do pomieszczenia. Tam miałam czekać na przełożonego. Nie powiem, bo trochę mu zeszło. Po dobrych 15 minutach raczą się zjawić.
- Dlaczego ja tutaj jestem!? - zaczęłam
- Może trochę spokojniej, chodź rozumiem pani zdenerwowanie.
- Taaa, jasne. A mogę się dowiedzieć o co chodzi?
- Zostało zgłoszone zaginięcie pani młodszego brata, Louis'a Cywińskiego.
- Zgłoszone?!
- Tak, przez anonimową osobę. Mam dla pani dobrą wiadomość.
- Proszę jaśniej, bo nie wytrzymam.
- Louis się znalazł.
Kamień spadł mi z serca. Co ja wygaduje głaz spadł mi z serca. Jeszcze 2 godziny temu dowiedziałam się, że zaginął. Teraz mogę być spokojna?!! Nie ma takiej opcji. Jednak interesuje mnie jedna waż na rzecz. Kto był tą osobą, która zgłosiła całą tą sytuację. Po dłuższej chwili milczenia, zapytałam:
- Czy... czy ja mogę... mogę go zobaczyć?
- Oczywiście, tylko chłopiec nie powinien się znaleźć pod pańską opieką.
- Jak to? - aż wstałam z krzesła - sugeruje pan, że nie powinnam się opiekować moim jedynym bratem?!
- Nie jest pani, prawną opiekunką chłopca.
- Prawnie nie, ale...
- I właśnie w tym ,,ale" brzmi bały szczegół sprawy. Pański ojciec, Artur, złożył pismo do sądu o ograniczenie pani praw do widywania się z Louis'em.
Zamurowało, zamurowało mnie kompletnie.
___________________________________
Teraz bijcie, krzyczcie i mordujcie.
PRZEPRASZAM, PRZEPRASZAM, PRZEPRASZAM !!!
Już od dłuższego czasu nic się nie pojawiało, ale teraz się to zmieni ;)
Kiedy dodam rozdział będzie zależało od ... WAS!!
Kiedy będzie 5 komentarzy dodam w sobotę, 4 komentarze - niedziela, 3 - poniedziałek, i tak dalej.
Kiedy będzie 5 komentarzy dodam w sobotę, 4 komentarze - niedziela, 3 - poniedziałek, i tak dalej.
Jak wam to odpowiada? Chciałabym poznać was bliżej, dlatego pod tym postem napiszcie swoje 3 największe zainteresowania.
Czekam i pozdrawiam ~Klaudia. ;*
środa, 20 listopada 2013
Rozdział 11
Po cichu zeszłam na dół. W futrynie drzwi dostrzegłam pichcącego coś siatkarza. Przy okazji nucił wpadającą w ucho piosenkę (link:Love Me Again). Tylko się uśmiechnęłam. Dotarło wtedy do mnie co ja tu robię. U Aleksa w domu, w jego koszulce?! Czym prędzej pobiegłam na górę i ubrałam białe rurki. Narzuciłam na siebie moją brązową kurtkę i skradając się zeszłam na parter. Schodząc się po schodach nadepnęłam na pewien, drewniany stopień. Zaskrzypiał. W duchu modliłam się, żeby Alek tego nie usłyszał. Śpiewa dalej. DZIĘKI BOGU!!! Szybko chciałam się wymknąć do korytarza, ale trafiłam do łazienki. Wyszłam z niej czym prędzej. Po paru chwil błądzenia po bełchatowskim domu atakującego dotarłam do korytarza.Wybiegłam z mieszkania. Szłam na intuicje. Nie miałam pojęcia gdzie jestem. Pamiętam tylko drobiazgi i szczegóły z naszego wczorajszego spaceru. Spojrzałam na zegarek: dwunasta trzydzieści. Kurde, Louis miał na 8 do szkoły. Ja dziś zaczynam dopiero o 15, więc jeszcze pół biedy. Po dwudziestu minutach doszłam pod mieszkanie Kurka, z którego chciałabym jak najszybciej się wyprowadzić. Już wyciągałam klucze, zorientowałam się że drzwi są otwarte. Niepewnie weszłam do środka.
- Louis?! Gdzie jesteś? Bartek? - wołam, ale na próżno. Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. Bartek miał iść na trening, może po drodze zaprowadził młodego do szkoły. Zaraz Louis powinien wrócić, więc wszystkiego się dowiem. Nic nie jadłam, więc poczłapałam do lodówki.
Jak zwykle były tylko jajka. Zrobiłam sobie jajecznice ze szczypiorkiem, bo o dziwo on też był w chłodziarce. Zjadłam pyszny śniadanioobiad i pozmywałam po sobie. Została mi jeszcze godzina, więc uwaliłam się na kanapie. W telewizji leciały akurat wiadomości. Jak zwykle, polityka, polityka i dla odmiany.... polityka. Jednak na koniec pojawiła się informacja na temat odnalezienia 8-letniego chłopca. ,,Nie są nam jeszcze znane szczegóły. Chłopiec jest wystraszony. Wygląda na to, że sam uciekł z domu. Prawdopodobne pochodzi z Bełchatowa, ponieważ znaleźliśmy go na obrzeżach, nad rzeką. Apelujemy do znajomych i rodziny o szybki kontakt z policją." powiedział facet w niebieskim mundurze. Z Bełchatowa... to pewnie gdzieś od nas. Jestem ciekawa gdzie jest matka tego dziecka. Nie mój w tym problem. Leciała jeszcze jakaś telenowela, więc podarowałam sobie i poszłam się szykować do pracy. Kelnerka w pizzerii... wysoka posada. Ubrałam się i zrobiłam makijaż. Dochodziła 15:30, a Louis`a ciągle nie było. Pewnie szlaja się gdzieś z kolegami. Jednak lepiej zadzwonie do Bartka. To była najtrudniejsza decyzja jaką podjęłam w tamtym dniu. Dzwonie. Po trzech sygnałach usłyszałam głos Skrzaka: - Halo? - Hej Bartek. Z tej strony Amelia. Tak, to znowu ja. - Ej, zapomnijmy o wczorajszym, co? - Teraz nie mam siły o tym myśleć. Gdzie jest młody? Z tobą? - Myślałem, że jest z tobą? A gdzie ty jesteś, Ami? - W domu, a ty?
Jak zwykle były tylko jajka. Zrobiłam sobie jajecznice ze szczypiorkiem, bo o dziwo on też był w chłodziarce. Zjadłam pyszny śniadanioobiad i pozmywałam po sobie. Została mi jeszcze godzina, więc uwaliłam się na kanapie. W telewizji leciały akurat wiadomości. Jak zwykle, polityka, polityka i dla odmiany.... polityka. Jednak na koniec pojawiła się informacja na temat odnalezienia 8-letniego chłopca. ,,Nie są nam jeszcze znane szczegóły. Chłopiec jest wystraszony. Wygląda na to, że sam uciekł z domu. Prawdopodobne pochodzi z Bełchatowa, ponieważ znaleźliśmy go na obrzeżach, nad rzeką. Apelujemy do znajomych i rodziny o szybki kontakt z policją." powiedział facet w niebieskim mundurze. Z Bełchatowa... to pewnie gdzieś od nas. Jestem ciekawa gdzie jest matka tego dziecka. Nie mój w tym problem. Leciała jeszcze jakaś telenowela, więc podarowałam sobie i poszłam się szykować do pracy. Kelnerka w pizzerii... wysoka posada. Ubrałam się i zrobiłam makijaż. Dochodziła 15:30, a Louis`a ciągle nie było. Pewnie szlaja się gdzieś z kolegami. Jednak lepiej zadzwonie do Bartka. To była najtrudniejsza decyzja jaką podjęłam w tamtym dniu. Dzwonie. Po trzech sygnałach usłyszałam głos Skrzaka: - Halo? - Hej Bartek. Z tej strony Amelia. Tak, to znowu ja. - Ej, zapomnijmy o wczorajszym, co? - Teraz nie mam siły o tym myśleć. Gdzie jest młody? Z tobą? - Myślałem, że jest z tobą? A gdzie ty jesteś, Ami? - W domu, a ty?
- Na treningu... zaraz zwolnie się u trenera i pojadę go szukać. Ty idź do pracy, bo się spóźnisz. Ja się wszystkim zajmę.
Nic nie odpowiedziłam. Nie mogłam. W jednej chwili straciłam młodszego brata. Prosiłam Boga, żeby cały wrócił do domu. Bartek chyba sobie tego nie wyobraża, że ja pójde do pracy. Całe szczęście, mój szef jest wyrozumiały. Powinnen dać mi wolne.
- ...
- Dzień dobry, panie Marku. Mam do pana ogromną proźbę.
-...
- Tak, stało się. Mój młodszy brat zaginął.
-...
- Dziękuje za wyrozumiałość z pana strony. Jednak nie wiem ile dni mnie nie będzie.
-...
- Miło mi to słyszeć. Jeszcze raz dziękuje i do widzenia.
-...
Dobra robota załatwiona. Wyśle Bartkowi SMS'a że zostaje i szukam Louis'a. Zdesperowana całą sytuacją poszłam otworzyć drzwi do których ktoś się dobijał. Otwierając je zaniemówiłam.
- Pani Amelia Cywińska?!
___________
Kolejny rozdział :) Komentujcie, udostępniajcie i oceniajcie. Pozdrawiam ;) ~Klaudia
sobota, 9 listopada 2013
Rozdział 10
- Dziękuję. - odpowiedziałam z rumieńcem na twarzy. Miałam ochotę w tym momencie mocno go przytulić. Brakowało mi bliskości drugiej osoby. W ciszy doszliśmy do pobliskiego parku w centrum, jak nigdy zatłoczonego Bełchatowa. W pewnym momencie poczułam jego ciepłą dłoń na moich biodrach. Zmieszałam się, nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Kątem oka zerknęłam na jego uśmiechniętą twarz. Odwzajemniłam ten gest.
- Wiesz co? - zapytałam
- Nie wiem, ale pewnie zaraz mi powiesz. - odpowiedział
- Przez całe życie myślałam, że mam osobę, której mogę w stu procentach zaufać. Teraz jednak dochodzę do wniosku, że Bartek chciał się mną tylko pobawić. - powiedziałam, a pojedyncza łza spłynęła po moim policzku.
- Na jakiej podstawie tak myślisz? W szatni tylko słyszymy "Amelia to, Amelia tamto"...
W tym momencie usiedliśmy na ławce i z niewiadomych przyczyn wtuliłam się w siatkarza. On podłapał temat i objął mnie ramieniem.
- W internecie krążą nasze zdjęcia z galerii. Pewnie widziałeś? - zapytałam
- Tak... mignęło mi na paru stronkach - odpowiedział wymijająco siatkarz - Wyglądaliście na szczęśliwych.
- Bo tak było. Przynajmniej z mojej perspektywy. Pocałował mnie raz, drugi, ale to nic nie znaczyło...
- Może dla niego to były najszczęśliwsze chwile w jego życiu. Nie pomyślałaś o tym? - w tym momencie musnęłam delikatnie ustami jego usta.
- Przepraszam, ale ja... - zaczęłam się tłumacz
- Nie martw się. Zapomnę o tym. Jeśli chcesz.
- Tak, tak będzie najlepiej. - powiedziałam i zarumieniłam się - Możemy już iść?
- A gdzie?
- Masz jakiś pomysł?
- Skoro pokłóciłaś się z Bartkiem, to może przenocujesz u mnie? - odpowiedział, a ja zrobiłam tylko kwaśną minę - Spokojnie, mam przestronne mieszkanie, jakiś śpiwór na pewno się znajdzie.
- No chyba dla ciebie śpiwór. Ja śpię dzisiaj na łóżku. Miałam ciężki dzień, muszę się wyspać. - uśmiechnęłam się szyderczo.
Wstaliśmy z ławki i udaliśmy się w kierunku przeciwnym do domu Bartka. Niespodziewanie Aleks splótł nasze ręce. Tak udaliśmy się do jego domu. W międzyczasie opowiedziałam mu o moim ojcu, Louisie i kłótni z Bartkiem. Jako dżentelmen otworzył mi drzwi do swojego przestronnego apartamentu.
- Chcesz herbaty? - spytał opiekuńczo.
- Nie, jeśli pozwolisz położę się spać.
- Chcesz jakąś koszulkę?
- Tak, poproszę. - odpowiedziałam skrępowana.
Siatkarz podał mi T-skirt. "Stylowy" pomyślałam. Aleks zaprowadził mnie na piętro i wskazał na pokój, w którym miałam spędzić dzisiejszą noc. Przebrałam się w koszulkę i położyłam spać. Od razu zasnęłam.
***************************
Obudził mnie stukot w kuchni. "Co ten bałwan wyrabia?" pomyślałam i zeszłam na dół.
___________________________________
Na początku chcę przeprosić wszystkich, których uraziłam. Nic takiego się nie wydarzyło, to tylko wytwory mojej wyobraźni. Bartek i Aleks są ok :) więc proszę bez hejtów. Pozdrawiam i czekam na odpowiedź w sprawie nazwiska Amelii :* ~Klaudia with Anka ;)
- Wiesz co? - zapytałam
- Nie wiem, ale pewnie zaraz mi powiesz. - odpowiedział
- Przez całe życie myślałam, że mam osobę, której mogę w stu procentach zaufać. Teraz jednak dochodzę do wniosku, że Bartek chciał się mną tylko pobawić. - powiedziałam, a pojedyncza łza spłynęła po moim policzku.
- Na jakiej podstawie tak myślisz? W szatni tylko słyszymy "Amelia to, Amelia tamto"...
W tym momencie usiedliśmy na ławce i z niewiadomych przyczyn wtuliłam się w siatkarza. On podłapał temat i objął mnie ramieniem.
- W internecie krążą nasze zdjęcia z galerii. Pewnie widziałeś? - zapytałam
- Tak... mignęło mi na paru stronkach - odpowiedział wymijająco siatkarz - Wyglądaliście na szczęśliwych.
- Bo tak było. Przynajmniej z mojej perspektywy. Pocałował mnie raz, drugi, ale to nic nie znaczyło...
- Może dla niego to były najszczęśliwsze chwile w jego życiu. Nie pomyślałaś o tym? - w tym momencie musnęłam delikatnie ustami jego usta.
- Przepraszam, ale ja... - zaczęłam się tłumacz
- Nie martw się. Zapomnę o tym. Jeśli chcesz.
- Tak, tak będzie najlepiej. - powiedziałam i zarumieniłam się - Możemy już iść?
- A gdzie?
- Masz jakiś pomysł?
- Skoro pokłóciłaś się z Bartkiem, to może przenocujesz u mnie? - odpowiedział, a ja zrobiłam tylko kwaśną minę - Spokojnie, mam przestronne mieszkanie, jakiś śpiwór na pewno się znajdzie.
- No chyba dla ciebie śpiwór. Ja śpię dzisiaj na łóżku. Miałam ciężki dzień, muszę się wyspać. - uśmiechnęłam się szyderczo.
Wstaliśmy z ławki i udaliśmy się w kierunku przeciwnym do domu Bartka. Niespodziewanie Aleks splótł nasze ręce. Tak udaliśmy się do jego domu. W międzyczasie opowiedziałam mu o moim ojcu, Louisie i kłótni z Bartkiem. Jako dżentelmen otworzył mi drzwi do swojego przestronnego apartamentu.
- Chcesz herbaty? - spytał opiekuńczo.
- Nie, jeśli pozwolisz położę się spać.
- Chcesz jakąś koszulkę?
- Tak, poproszę. - odpowiedziałam skrępowana.
Siatkarz podał mi T-skirt. "Stylowy" pomyślałam. Aleks zaprowadził mnie na piętro i wskazał na pokój, w którym miałam spędzić dzisiejszą noc. Przebrałam się w koszulkę i położyłam spać. Od razu zasnęłam.
***************************
Obudził mnie stukot w kuchni. "Co ten bałwan wyrabia?" pomyślałam i zeszłam na dół.
___________________________________
Na początku chcę przeprosić wszystkich, których uraziłam. Nic takiego się nie wydarzyło, to tylko wytwory mojej wyobraźni. Bartek i Aleks są ok :) więc proszę bez hejtów. Pozdrawiam i czekam na odpowiedź w sprawie nazwiska Amelii :* ~Klaudia with Anka ;)
piątek, 8 listopada 2013
Rozdział 9
Oczami Amelii:
Chciałam, chciałam żeby pojechał tam i wziął tą głupią książkę. Nie chciałam widywać się z ,,tatulkiem". Jednak gdyby zobaczył Bartka zaraz by mu coś o nas nagadał. Postanowiłam pojechać z nim na naszą ulicę Piotrkowską, starą ulice Piotrkowską. Tam przeżyłam całe życie, poczynając od narodzin na kanapie. Aż się uśmiechnęłam, w tej całej sytuacji.
- Z czego się śmiejesz? - zapytał siatkarz
- Wiesz gdzie się urodziłam?- odpowiedziałam pytaniem
- W Bełchatowie.
- A dokładniej? - zapytałam
- W szpitalu?! - rzekł poirytowany Bartek
- Nie!!!
- W takim wypadku, gdzie się urodziłaś? - zapytał zdziwiony chłopak
- Na kanapie w salonie! - odpowiedziałam z uśmiechem na twarzy
- Serio? Czy to tylko żarty?
- Serio, teraz jest to strefa kibica dla mojego taty.
- Co ogląda? Siatkówkę?! - uśmiechnął się Bartek, chciał mnie rozśmieszyć. Nawet mu wyszło
- Teeeż... ale głównie piłkę nożną. On ciągle wierzy, że nasi się na Mundial w Rio de Janeiro załapią. Już we wtorek ostatni mecz, więc będzie gorąco. - odpowiedziałam
- Szkoda, że siatki nie ogląda.
- Haha... - szturchnęłam siatkarza.
Po chwili dojechaliśmy na miejsce. Czekałam w aucie, na pierwszy krok Bartka. Po jego minie doszłam do wniosku, że on też czeka. Wystarczył jeden ruch, jeden ruch ręką i już jestem pod domem. Coś jednak nie pozwalało mi wysiąść z czarnego BMW. Strach, zakłopotanie. Co? Nie chciałam tego robić, ale musiałam.
- Pamiętaj, jak nie chcesz iść to nie idźmy. Ja dokupię mu tą jedną książkę. To zaledwie 30 złoty.
- Jak coś to ja mu kupię tę książkę! - odpowiedziałam z lekkim wyrzutem w głosie.
- Nie, nie, nie! Ja się dokładam do edukacji młodego.
- Od kiedy? To ja jestem za niego odpowiedzialna i to Ja zapewnię mu wyżywienie i materiały potrzebne do nauki! - byłam na niego tak cholernie zła. Jeszcze chwila, a polska reprezentacja straciłaby przyjmującego.
- Masz racje...
- Dziękuje!
- ... ale angielski jest bardzo ważny w życiu. Sama perfekcyjnie go umiesz i zdajesz sobie z tego sprawę.
- Bartek rozumiem twoją chęć niesienia pomocy, ale ja jej nie potrzebuje. - wręcz krzyczałam
- Masz zamiar się o to kłócić? - zapytała
- Tak, mam taki zamiar. A coś ci nie pasuje? - krzyknęłam, chwytając za klamkę.
- Nie, po prostu...
- Nie ma żadnego "Po prostu"! - wybiegłam, trzaskając drzwiami. Usłyszałam za sobą tylko wołanie siatkarza:
- Amelia! Czekaj!!!
Nie przejęłam się zbytnio jego krzykami. Kroczyłam uliczkami, nie zwracając uwagi na ludzi, którzy dziwnie mi się przypatrywali. Czy ja ich znam? Czy oni znają mnie?
Po chwili zatrzymał mnie ten sam mężczyzna, który wręczył mi list dla Bartka. Był ubrany w żółto-czarną bluzę klubową. Więc wiadomo z jakiego jest klubu.
- Coś się stało, Amelia? - zapytał Skrzak
- Nic, ale mam do ciebie pytanie. - odpowiedziałam ze sztywnym uśmiechem na ustach
- Wal jak do dobrego przyjaciela! - powiedział i uśmiechnął się figlarnie
- Może to trochę dziwne, ale jak się nazywasz? Bo w jakim klubie grasz, to wiem. - uśmiechnęłam się
- Moja droga Amelio - rzekł rozbawiony do łez siatkarz - Aleksander Atanasijević, do usług!
W tej całej kłótni z Bartkiem widzę światełko w tunelu, jakim jest serbski siatkarz.
- Dziękuję za informację. Teraz możesz już opuścić zakłopotaną niewiastę i udać się do swojego mieszkania, milordzie.
- Niema takiej opcji - powiedział zdumiewająco dobrą polszczyzną
- Nie mam czasu się z tobą kłócić, po prostu zostaw mnie w spokoju. - odeszłam kawałek, jednak spotkałam się z oporem, jakim był tors Aleksa.
- Zabawna jesteś. To na jakiej ulicy mieszkasz?
- Mieszkam tymczasowo u Bartka.
- A to poważna sprawa? - powiedział i ruszył charakterystycznie brwiami
- Nie, po prostu mam trudną sytuacje rodzinną, a Bartek był jedyną osobą, której mogłam zaufać.- odpowiedziałam na zaczepki Serba
- W takim wypadku, gdzie jest Bartek?
- Szczerze mówiąc - nie wiem. Możemy już iść, bo zimno się robi?
- Jasne, chodźmy. - mówi i narzuca na mnie swoją bluzę.
________________________________
I powstał długo oczekiwany rozdział. Mam nadzieję, że spodoba się, tak jak poprzednie rozdziały. Jak myślicie, czy wyjdzie coś z romansu Amelii i Aleksa? Co z Bartkiem? A Louis sam w domu? Dzisiejszy rozdział powstał z małą pomocą, czyli moją przyjaciółką Anią :) Razem prowadzimy tą stronkę. Komentujcie!
Jeszcze pytanie dla was:
Jak według was powinna mieć na nazwisko Amelia?
Komentujcie na blogspocie lub facebooku :) ~Klaudia.
Chciałam, chciałam żeby pojechał tam i wziął tą głupią książkę. Nie chciałam widywać się z ,,tatulkiem". Jednak gdyby zobaczył Bartka zaraz by mu coś o nas nagadał. Postanowiłam pojechać z nim na naszą ulicę Piotrkowską, starą ulice Piotrkowską. Tam przeżyłam całe życie, poczynając od narodzin na kanapie. Aż się uśmiechnęłam, w tej całej sytuacji.
- Z czego się śmiejesz? - zapytał siatkarz
- Wiesz gdzie się urodziłam?- odpowiedziałam pytaniem
- W Bełchatowie.
- A dokładniej? - zapytałam
- W szpitalu?! - rzekł poirytowany Bartek
- Nie!!!
- W takim wypadku, gdzie się urodziłaś? - zapytał zdziwiony chłopak
- Na kanapie w salonie! - odpowiedziałam z uśmiechem na twarzy
- Serio? Czy to tylko żarty?
- Serio, teraz jest to strefa kibica dla mojego taty.
- Co ogląda? Siatkówkę?! - uśmiechnął się Bartek, chciał mnie rozśmieszyć. Nawet mu wyszło
- Teeeż... ale głównie piłkę nożną. On ciągle wierzy, że nasi się na Mundial w Rio de Janeiro załapią. Już we wtorek ostatni mecz, więc będzie gorąco. - odpowiedziałam
- Szkoda, że siatki nie ogląda.
- Haha... - szturchnęłam siatkarza.
Po chwili dojechaliśmy na miejsce. Czekałam w aucie, na pierwszy krok Bartka. Po jego minie doszłam do wniosku, że on też czeka. Wystarczył jeden ruch, jeden ruch ręką i już jestem pod domem. Coś jednak nie pozwalało mi wysiąść z czarnego BMW. Strach, zakłopotanie. Co? Nie chciałam tego robić, ale musiałam.
- Pamiętaj, jak nie chcesz iść to nie idźmy. Ja dokupię mu tą jedną książkę. To zaledwie 30 złoty.
- Jak coś to ja mu kupię tę książkę! - odpowiedziałam z lekkim wyrzutem w głosie.
- Nie, nie, nie! Ja się dokładam do edukacji młodego.
- Od kiedy? To ja jestem za niego odpowiedzialna i to Ja zapewnię mu wyżywienie i materiały potrzebne do nauki! - byłam na niego tak cholernie zła. Jeszcze chwila, a polska reprezentacja straciłaby przyjmującego.
- Masz racje...
- Dziękuje!
- ... ale angielski jest bardzo ważny w życiu. Sama perfekcyjnie go umiesz i zdajesz sobie z tego sprawę.
- Bartek rozumiem twoją chęć niesienia pomocy, ale ja jej nie potrzebuje. - wręcz krzyczałam
- Masz zamiar się o to kłócić? - zapytała
- Tak, mam taki zamiar. A coś ci nie pasuje? - krzyknęłam, chwytając za klamkę.
- Nie, po prostu...
- Nie ma żadnego "Po prostu"! - wybiegłam, trzaskając drzwiami. Usłyszałam za sobą tylko wołanie siatkarza:
- Amelia! Czekaj!!!
Nie przejęłam się zbytnio jego krzykami. Kroczyłam uliczkami, nie zwracając uwagi na ludzi, którzy dziwnie mi się przypatrywali. Czy ja ich znam? Czy oni znają mnie?
Po chwili zatrzymał mnie ten sam mężczyzna, który wręczył mi list dla Bartka. Był ubrany w żółto-czarną bluzę klubową. Więc wiadomo z jakiego jest klubu.
- Coś się stało, Amelia? - zapytał Skrzak
- Nic, ale mam do ciebie pytanie. - odpowiedziałam ze sztywnym uśmiechem na ustach
- Wal jak do dobrego przyjaciela! - powiedział i uśmiechnął się figlarnie
- Może to trochę dziwne, ale jak się nazywasz? Bo w jakim klubie grasz, to wiem. - uśmiechnęłam się
- Moja droga Amelio - rzekł rozbawiony do łez siatkarz - Aleksander Atanasijević, do usług!
W tej całej kłótni z Bartkiem widzę światełko w tunelu, jakim jest serbski siatkarz.
- Dziękuję za informację. Teraz możesz już opuścić zakłopotaną niewiastę i udać się do swojego mieszkania, milordzie.
- Niema takiej opcji - powiedział zdumiewająco dobrą polszczyzną
- Nie mam czasu się z tobą kłócić, po prostu zostaw mnie w spokoju. - odeszłam kawałek, jednak spotkałam się z oporem, jakim był tors Aleksa.
- Zabawna jesteś. To na jakiej ulicy mieszkasz?
- Mieszkam tymczasowo u Bartka.
- A to poważna sprawa? - powiedział i ruszył charakterystycznie brwiami
- Nie, po prostu mam trudną sytuacje rodzinną, a Bartek był jedyną osobą, której mogłam zaufać.- odpowiedziałam na zaczepki Serba
- W takim wypadku, gdzie jest Bartek?
- Szczerze mówiąc - nie wiem. Możemy już iść, bo zimno się robi?
- Jasne, chodźmy. - mówi i narzuca na mnie swoją bluzę.
________________________________
I powstał długo oczekiwany rozdział. Mam nadzieję, że spodoba się, tak jak poprzednie rozdziały. Jak myślicie, czy wyjdzie coś z romansu Amelii i Aleksa? Co z Bartkiem? A Louis sam w domu? Dzisiejszy rozdział powstał z małą pomocą, czyli moją przyjaciółką Anią :) Razem prowadzimy tą stronkę. Komentujcie!
Jeszcze pytanie dla was:
Jak według was powinna mieć na nazwisko Amelia?
Komentujcie na blogspocie lub facebooku :) ~Klaudia.
sobota, 12 października 2013
Rozdział 8
Po krótkiej drzemce, czas wstać. Była godzina 17 i pora na kolacje. Zeszłam na dół, a tam Bartek i Louis wygodnie sobie chrapią wyłożeni na kanapie. Nie mogłam powstrzymać śmiechu, wyglądali tak uroczo. Młody naprawdę był podobny do siatkarza. Ta ekspedientka w sklepie miała racje. Jutro Louis idzie do szkoły, ja do pracy, a Bartek ma trening. Chyba wystarczy im tego spania:
- Ej, mały. Jutro szkoła odrobiłeś lekcje? - pytam
- Tak, na pewno. Mogę już spać? - odpowiedział sennym głosem
- Średnio, ale obudzę cię potem i mi pokarzesz. A ty Bartek?
- Co ja? Ja do szkoły nie chodzę. Lekcje już odrobiłem, proszę pani!- uśmiechnął się siatkarz
- Na pewno? Nie jestem pewna. - powiedziałam - Jak wy śpicie, to ja przygotuje kolacje, co?
- Spoko, ale lodówka jest pusta. - odpowiedział siatkarz
- Jak to?
- No, tak to! Byliśmy trochę głodni i z młodym zrobiliśmy sobie żarło.
- Dobra, to co teraz?
- Zamów przez neta. U mnie w gabinecie jest laptop. Jak już dowiozą to wtedy wstanę i zapłacę.
- Okey, potem ci oddam te pieniądze. Nie musisz się martwić o to.
- Nie martwię się, ale..
- Co?
- Mogę już spać?
- Jasne! - uśmiechnęłam się pod nosem - Dobranoc!
Czy on nawet kiedy śpi, jest zawsze uśmiechnięty?! Na to wygląda. Poszłam do gabinetu siatkarza i włączyłam komputer. Otworzyła mi się strona internetowa. Po co mu wielki miś?! Ja go chyba nigdy nie zrozumiem. Otworzyłam nową kartę i zamówiłam potrzebne rzeczy. Trochę mi to zajęło, bo robiłam to po raz pierwszy. Po 20 minutach usłyszałam dzwonek do drzwi. Przywieźli? Tak szybko?
Podbiegłam otworzyć ... myślałam że padnę zaraz trupem.
- Jest Bartek? - usłyszałam od dwumetrowca
- yyy... Tak, jest. Śpi. - odpowiedziałam zaskoczona.
- Trudno, wpadnę innym razem. A mogłabyś mu przekazać ten list. - powiedział podając mi kopertę
- Jasne, to nie problem. - uśmiechnęłam się sztywnie
- Dziękuje! - odpowiedział - Dobra! Dzięki. To ja spadam. Pa Amelia.
- Okey... zaraz. Skąd wiesz jak mam na imię? - zapytałam
- yyy.. To rozmowa na inną okazje. Pa - wymigał się mężczyzna.
To była dziwna sytuacja. Czemu ja nie wiem kto to był? Przecież znam całą reprezentacje na wylot. Teraz zwróciłam uwagę na kopertę, którą trzymałam w ręce. Może lepiej nie będę się tym teraz martwiła. Dochodziła godzina 18:00, kiedy przyjechała dostawa jedzenia. Obudziła Bartka i usiadłam obok śpiącego jeszcze Louis'a.
- Co się dzieje? - zapytał młody.
- Nic, ale czas wstać! - odpowiadam
- Dobra. A gdzie Bartek?
- Poszedł zapłacić za zakupy.
- To wstaje - powiedział uśmiechając się.
Dochodziła 18:30 kiedy skończyłam przygotowywać kolacje. Zawołałam chłopaków.
- Chodźcie! Kolacja gotowa.
- A co jemy, Ami? - zapytał siatkarz wstając z kanapy.
- Dzisiaj nasza kuchnia poleca spaghetti i zapiekankę. Więc co kto chce. - odpowiedziałam.
- W takim wypadku, ja chcę spaghetti! - powiedział Louis. Nałożyłam młodemu i pytam:
- A tobie co, Bartusiu?
- Mi Amelio, mogłabyś dać zapiekanki. - odpowiedział
- Proszę! - powiedziałam podając mu talerz z jedzeniem.
I tak jedliśmy przez dłuższy czas. Nie wiadomo skąd zauważam na sobie wzrok Bartka. Podniosłam głowę patrząc mu w oczy. Te niebieskie tęczówki do mnie przemawiają, ale nie wiem z jaką treścią. Odwracam głowę, żeby nie widzieć jego spojrzenia. Odruchowo zapytałam Louis'a:
- A jak tam lekcje?
- Dobrze, dobrze. Ale jest jeden kłopot.
- Jaki? - pytam
- Zostawiłem moją książkę do anglika w starym mieszkaniu.
- Co?! - zapytałam i nagle kawałek zapiekanki wylądował z powrotem na talerzu - Jak mogłeś o tym zapomnieć?!
- Przepraszam, byłem tak zadowolony że będę tutaj mieszkał i ...
- Louis, proszę cię!!! Przecież miałeś ją na wierzchu, kiedy się pakowałeś. - krzyknęłam wręcz.
- Nie krzycz na niego, spokojnie. Coś razem wymyślimy. - uspakajał mnie siatkarz
- Bartek ty nic nie rozumiesz. On jest nie do wytrzymania. Nie chce się widywać z jego ojcem, rozumiesz?
- Dobra spoko. Ja to załatwię. - wstaje i sięga po kurtkę. Podbiegam i mówię:
- Nie, razem to załatwimy!
- Okey.
Starałam się dokończyć kolacje, ale myślałam nad całą tą sytuacją.
Oczami Bartka:
Chciałem już wyjść i wytłumaczyć temu facetowi, który śmie nazywać się ojcem młodego i Amelii. Sięgałem po kurtkę kiedy podbiegła ona i poprosiła, żebym tego nie robił. Uległem. Jej brązowe oczy mnie do tego przekonały. Usiadłem na swoim miejscu i jadłem dalej, chodź widziałem jej minę. Ona się naprawdę martwi, tylko nie wiem o co. Przecież jestem z nią, zawsze byłem i będę. Muszą ją o tym uświadomić, ale nie teraz. Kiedy zjedliśmy kolacje Amelia kazała Louis'owi iść spać. Może lepiej niech młody śpi.
- To jak robimy? - pytam
- Może napisze mu usprawiedliwienie i tyle. - uśmiechnęła się sztucznie.
- Co tydzień będziesz mu zwolnienia pisała?
- Nie, masz rację! - i rozpłakała się. Objąłem ją mocno i czułem jak ona wtula się we mnie, ciągłe płacząc.
- Ej, mała! - powiedziałem odchodząc kawałek, ale wciąż trzymałem ją za ręce - Chodź weźmiemy tę książkę i będzie z głowy.
- Ale, tam? Mamy tam pojechać? - zapytała
- Tak, szybko puki Louis śpi. Zakładaj kurtkę! - powiedziałem. Szybko uwinęliśmy się z ubraniami i wyszliśmy.
__________________________________
Aloha, wszystkim. :) Jak tam u was? Komentujcie i udostępniajcie to naprawdę pomaga. :D
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
